Archiwum
Zakładki:
Też moje
Skopiuj CSS
RSS
wtorek, 04 marca 2008
CZTERY PORY ROMANSU

Cztery pory romansu to - po trosze prawdziwa, a po trosze fikcyjna - historia zdrady i namiętności. W tegorocznym konkursie "Zwierciadła" na "Dziennik DZIEŃ PO DNIU", opowieść ta zdobyła wyróżnienie, a ja publikuję ją przede wszystkim ku przestrodze - dla wszystkich kochanek świata - tych obecnych i tych przyszłych,  a najlepiej nigdy niedoszłych.

Przyjemnej lektury!

ps. Czytać należy od góry do dołu, czyli odwrotnie niż zwykle czytamy blogi.

08:56, leelooo
Link Komentarze (6) »
SIERPIEŃ

Spotykam się z mężczyznami. Pochlebia mi łakomstwo, z jakim się na mnie rzucają i czułość, którą próbują mnie przy sobie zatrzymać. Ale czasem przychodzi refleksja, że to jałowe. Jak każdy człowiek jestem stworzona do miłości – chcę być kochana i rozumiana. Tak całkowicie, bezinteresownie i bezwarunkowo. Chciałabym, aby znalazł się mężczyzna, który będzie umiał wejść do mojego środka, spojrzeć na świat moimi oczami i przytulić mnie tak bardzo mocno, od wewnątrz.

Sama jednak nie jestem konsekwentna – sypiam z przypadkowymi mężczyznami, zadowalając się tą namiastką uczucia, aby tylko zagłuszyć samotność.

 ***

Od lipca jest w naszej firmie nowy dyrektor. Zarządza innym szczeblem, więc mijamy się tylko na korytarzu. Nikt o nim nic nie wie, z wyjątkiem faktu, że przeprowadził się do Poznania z Warszawy, gdzie był prezesem jednego z ważnych dzienników. Czasem, tak jak dziś rano, zdarza mi się spotkać go w drodze do pracy. Ma obrączkę, jest zawsze uśmiechnięty, wynajmuje dom pod miastem i co weekend jeździ do Warszawy. Gdy nadarza się okazja, opowiadam mu o ciekawych poznańskich miejscach – jazzowych klubach, poetyckich kawiarniach i dobrych jadłodajniach. Szkoda mi faceta, bo widać, że zagubiony jest tutaj i pewnie zżera go tęsknota za domem. Nas natomiast zżera ciekawość – kim jest i co sprawiło, że wyjechał z Warszawy, aby objąć posadkę dyrektora w naszym wydawnictwie.

 ***

Zawsze podziwiałam ludzi, którzy zamiast z niechęcią wygrzebywać się z łóżka i przestawiać budzik o kolejne pięć minut, po prostu rześko wyskakują i z entuzjazmem zaczynają dzień. Skąd w nich o siódmej rano taka energia i radość? A są nawet tacy, którzy witają dzień gimnastyką lub nie daj Boże zimnym prysznicem! Brrr!

Ja przewracam się z boku na bok i zawsze słyszę ten sam podszept lenistwa: „Nie wstawaj, odpuść sobie, przecież nie musisz, życie będzie toczyło się dalej”. Ale wreszcie wstaję, bo przecież rozsądek zwycięża. Nie mogę stracić pracy tylko dlatego, że chciało mi się spać.

Biorę prysznic (gorący!), ubieram się dość przypadkowo, choć zawsze nie tak jak nakazuje code dress, maluję tylko rzęsy, bo bez tego za żadne skarby nie pokażę się światu, wreszcie kroję pomidory, ogórek i camembert, skrapiam to cytryną i oliwą, dodaję zioła i wrzucam wszystko do plastikowego pojemnika. To mój pracowniczy prowiant – zdrowy i tańszy od gotowców kupowanych
w drodze. Wybiegam, bo nie lubię się spóźniać. Za zewnątrz wita mnie rześki letni poranek,  prążki słońca szczypią mnie w policzki. Może w drodze spotkam jego?

 ***

Pociągają mnie mężczyźni władzy. Wstyd się przyznać, ale władza jest moim fetyszem. Nie moja władza, ale władza nade mną. Mężczyźni, dla których traciłam głowę, zawsze dzierżyli berło przewodnictwa w stadzie. Najpierw był drużynowy w harcerstwie, potem nauczyciel matematyki, wykładowca ze studiów czy szef stowarzyszenia. Kiedy ich zdobywałam, to jakbym wspinała się na jakiś szczyt. A gdy udało mi się takiego uwieść i w sobie rozkochać, odczuwałam niemalże perwersyjną satysfakcję. Upolowałam najcenniejszą zwierzynę i mam ją ja, a nie żadna inna. Płytkie to
i beznadziejne, bo władza nie stanowi żadnej wartości, ale cóż z tego, skoro jestem wobec tej skłonności zupełnie bezsilna. To tkwi gdzieś w podświadomości, wbrew mnie, niczym głęboko zakorzeniony atawizm, którego nijak nie umiem wyplenić.

Obserwowałam dziś Marka na spotkaniu międzydziałowym i zastanawiałam się, czy gdyby nie był dyrektorem, budziłby we mnie aż tyle emocji.

 ***

Czasem bawi mnie ta nasza wielka firmowa struktura, która szczyci się niemieckim stylem zarządzania, wypracowanym know-how i systemem precyzyjnych procedur. Narzucają one krok po kroku schemat postępowania przy wykonywaniu każdej czynności. Brakuje tylko procedury na wyjście do toalety. Wszyscy ubrani zgodnie z obowiązującym corporate dress code zachowują się tutaj dostojnie, mówią przyciszonym głosem i nie okazują żadnych emocji. Bo tutaj trzeba być korekt.

Większość osób nie odrywa się od komputerów, więc z półprzymkniętych drzwi pokoi słychać jedynie stukanie klawiatur. Ale wystarczyłoby zajrzeć przez ramię jednego ze stu pracowników, aby runął ów misternie budowany mit. Połowa z nich siedzi na czatach, niektórzy oglądają witryny erotyczne, ktoś wypełnia swój profil na www.sympatia.pl zwanej najtańszym burdelem w Polsce,
a podziemne życie firmowe toczy się na gadu-gadu. I tam dopiero kwitnie wirtualny międzydziałowy flirt zabarwiony niewybredną pikanterią.

Kiedy na papierosie poruszam ten temat, jedna z asystentek działu promocji wybucha śmiechem i z wyższością długoletniego pracownika oświadcza:
- Kochana, musimy sobie jakoś umilać życie, nawet z moim mężem nie spędzam tyle czasu, co tutaj!

Co racja, to racja.

08:55, leelooo
Link Komentarze (1) »
WRZESIEŃ

Od rana w moim żołądku łaskoczą mnie rozfruwane motyle, chociaż jednocześnie wrodzony zdrowy rozsądek i nabyty cynizm chłodzą te emocje i zdają się pytać: „A z czego się tak idiotko cieszysz?”

Ano cieszę się, bo Marek –  tak ma na imię nowy dyrektor  - zaprosił mnie dziś na kolację. To  takie chwile, gdy my kobiety nie przestajemy być szesnastolatkami. Niewinny flirt i dowody męskiego zainteresowania zawsze ekscytują nas tak samo. I nie ma żadnego znaczenia, czy mowa o pierwszej czy pięćdziesiątej randce w życiu.
Dziś na cotygodniową siłownię pędzę jak na skrzydłach. Po pierwsze naprawdę muszę się wziąć za moje zasiedziałe ciało, po drugie będę mogła się podzielić moją euforią z Josi.

- Słuchaj, ale jak myślisz – pytam ją, kiedy już wyciskamy z siebie siódme poty. – Myślisz, że umówił się ze mną, bo nie ma z kim pogadać, czy dlatego, że mu się podobam, czy..
Josi leżąc głową do dołu i przesuwając nogą zawiązany na linie ciężarek, przerywa i patrzy na mnie
z kpiarskim uśmieszkiem:

- Naprawdę wierzysz, że faceci umawiają się z nieznajomymi kobietami, tylko dlatego, że brakuje im kompana do rozmowy?
- No nie wiem, nie ma tu nikogo bliskiego..
- Gdyby chciał pogadać, poszukałby kumpla, a na ciebie ma ochotę. Po prostu.

Lekceważąco wzruszam ramionami, ale czuję, jak moje motylki fruną jeszcze wyżej. No tak, próżność połechtana.

Kobieto puchu marny!

 ***

Zwykle czytam przed snem. Kiedy już pościelę łóżko i umyję się, czekają mnie jeszcze wieczorne rytuały, czyli wyjęcie soczewek, połknięcie witamin, żelaza oraz tabletki antykoncepcyjnej
i wreszcie nasmarowanie maścią buźki, która wciąż nie może uwolnić się do młodzieńczego trądziku. Tak przygotowana do snu, wskakuję w miękką pościel, owijam się niczym gąsienica dwumetrową małżeńską kołdrą i jeszcze piętnaście minut czytam. Ale dziś nie potrafię czytać. Dziś czekam na sen, który nie nadchodzi, przewracam się z boku na bok i planuję, w co jutro ubrać się do pracy. Czy lepsza będzie rozkloszowana dziewczęca sukienka, czy raczej wąskie seksowne spodnie.

A włosy? Upiąć czy rozpuścić? Jaka ja spodobam mu się bardziej?

 ***

Nie umówiliśmy się na żaden konkretny dzień, a ja nie mogę z ekscytacji usiedzieć w miejscu. Co chwila, pod byle pretekstem, wychodzę na korytarz, idę zaparzyć kawę, zrobić wydruk albo ksero.
A wszystko z nadzieją, że może się gdzieś się spotkamy, miniemy w pośpiechu. Jak nastolatka zadowolę się krótką wymianą spojrzenia, ulotnym uśmiechem, przypadkowym dotykiem, byle tylko
o mnie nie zapomniał.

Dlaczego tak mnie to kręci? Nie wiem. Nie jestem przecież zakochana, nie mam pojęcia o tym człowieku, ale właśnie ten początek, niewinny flirt, budowanie wyobrażeń o nim i ekscytacja każdym jego słowem, uśmiechem, gestem tak słodko smakują. Pewnie dlatego, że na tym etapie ów mężczyzna jest niczym innym jak zbiorem moich podświadomych pragnień, a nasza relacja pozostaje jeszcze zupełnie czysta – wolna od zawodów, rozczarowań, błędów. Flirt jest po to, aby karmić ludzkie fantazje.

 ***

W tej firmie nazywają mnie rajskim ptakiem. Pewnie dlatego, że obecny szef wyciągnął mnie
z teatru, gdzie choć pracowałam za marne grosze, to moim jedynym obowiązkiem było  tzw. tworzenie atmosfery. No bo cóż innego może robić specjalista ds. marketingu w budżetowym miejskim teatrze działającym tak samo od 50 lat? W oparach papierosowego dymu, przy kawie, a nierzadko i przy koniaku, zajmowaliśmy się głównie gadaniem. Byłam ich maskotką, ponieważ cała reszta pracowników należała do pokolenia moich rodziców. Chodziłam po wódkę, grałam rolę błazna i łącznika pomiędzy zastygłym w czasie światem kultury, a pędzącą kolorową rzeczywistością. Sama byłam gdzieś pomiędzy. I dlatego teraz, pracując w wydawnictwie, lubię podkreślać moją odrębność i teatralne korzenie. Jestem rajskim ptakiem korporacji – nie potrafię zmieścić się w szablonie. Jedni mnie za to kochają, inni nienawidzą.

Dziś dostałam reprymendę od szefowej za ekstrawagancki strój. Nie powiedziała mi tego wprost. Wysłała mejla. Ot jak wygląda komunikacja w korporacji.

 ***

Chcę już do domu, chcę już do mojego własnego łóżka. Jak on mógł?! Tylko mężczyźni mogą być takimi cynikami. Jedziemy razem taksówką, ale ja już się nie odzywam. Niech mnie odwiezie do domu i zostawi w spokoju. Nie mam mu nic do powiedzenia. Czuję się jak tania dziewczynka, którą  wielki pan dyrektor ze stolicy zapragnął sobie kupić. Jakość nie najgorsza, a jednocześnie przystępna cena. Wystarczy dobra kolacyjka i dziewczynka powinna wskoczyć panu na kolanka.

Rzucam mu zdawkowe „do widzenia”, zamykam drzwi i wchodzę do klatki. Chwilę później biorę prysznic, aby zmyć z siebie brud fantazji, choć przecież do niczego jeszcze nie doszło. A mimo wszystko czuję się jak dziwka. 

 ***

W pracy staram się go unikać, a jednocześnie pragnę go spotykać, choć wiem, że mi nie wolno. Nie rób innym tego, co Tobie niemiłe, kobieto. Targają mną emocje jakbym to ja była zdradzona
i oszukana, jakby to mnie porzucił dla swojej pięknej, młodej żony, bo ona okazała się ważniejsza. Powiedział mi to  wprost: ma niewiele starszą ode mnie żonę i maleńkiego dwuletniego synka. Opowiadał, jak bardzo za nimi tęskni, jak czeka piątku, aby wsiąść w pociąg do Warszawy i wreszcie znaleźć się w domu, gdzie synek wyciąga do niego rączki, uczepia się jego nogawki i nie puszcza jej przez najbliższe dni. Opowiadał również o dramacie niedzielnych pożegnań, kiedy mały dostaje ataku histerii, a on musi być bezwzględny i wyjść na ostatni powrotny odjazd do Poznania.

Mówił i miał w oczach łzy, a potem zapytał, czy pojadę do niego. Osłupiałam. Zalała mnie taka fala wściekłości, że najchętniej w imieniu jego żony ukręciłabym mu jaja. Mężczyznom, którzy posmakują trochę władzy, wydaje się, że w każdej sytuacji pełnią funkcję dyrektora.

08:53, leelooo
Link Komentarze (1) »
PAŹDZIERNIK

Do firmy zawsze chodzę na piechotę, aby możliwie płynnie wejść w korporacyjny dryl. Nagłe przejście z prywatnego chaosu, w sterylną rzeczywistość służbową mogłoby się skończyć kulturowym szokiem. Na uszach mam słuchawki, w których Kalina Jędrusik śpiewa „O Romeo!”, na nogach wygodne tenisówki, na głowie ażurowy beret z pomponem i mknę. Mknę i śpiewam. A śpiewając, przyciągam spojrzenia innych.

W powietrzu czuć jesień. Słońce jest inne niż latem - bardziej pastelowe, a światło – bardziej mleczne. I tylko drzewa pysznią się swoją jaskrawością, a liście intensywnieją barwami jakby wiedziały, że każdy dzień przybliża je do ziemi, gdzie zbutwieją pod bezlitosną pokrywą śniegu.

Mijam parking i odruchowo spoglądam, czy jego samochód już stoi. Nie ma to przecież żadnego znaczenia, a jednak chcę wiedzieć. Zwalniam i rozglądam się za granatowym lanosem. Nagle tuż za moimi plecami wyrasta on.

- Witaj – mówi i uśmiecha się ciepło jakby nic się nie stało – Minęło tyle czasu, a ja nie zdążyłem ci podziękować za tamten wieczór.
- Nie ma za co – odpowiadam uprzejmie, ale chłodno.
- Czy jest szansa, że znajdziesz jeszcze dla mnie czas? – pyta i znów ma w oczach łzy. A może to efekt porannego szczypiącego chłodu.
- Kiedyś – uśmiecham się i przyspieszam kroku. Na szczęście jesteśmy już przy wejściu do budynku
i temat urywa się naturalnie.

Wiem, że muszę się mu oprzeć. Muszę postawić własną granicę przyzwoitości. Jego żona w tej chwili zajmuje się jego maleńkim synem, na jej miejscu mogłaby znaleźć się każda z nas. Ja również.

 ***

Napisał mi tylko jedno zdanie: „Potrzebuję Cię, zgódź się”

Jak można być tak wyrachowanym? Jak można tak prosto oddzielać miłość od pragnienia zabawy z apetyczną dziewczynką, która przemyka po firmowym korytarzu, kusząc odważnymi kreacjami i uwodzicielskim uśmiechem? Żeby chociaż stworzył pozory, rzucił ten obiegowy tekst, że żona go nie rozumie. Niechby chociaż połechtał mnie wyznaniem, że zakochał się od pierwszego wrażenia albo że jestem spełnieniem jego fantazji i marzeń, ale nie. On tego nie mówi. On po prostu chce uzyskać moją zgodę. Składa jasną i rzeczową propozycję: „zapraszam do siebie”, co znaczy po prostu: „chcę Cię przelecieć, ale pamiętaj: to żonę kocham”.

Jednak to nie jego cynizm jest najgorszy, ale to, co dzieje się we mnie. Mimo że czuję się poniżona i zlekceważona, nie mogę zahamować pęczniejącej we mnie żądzy i zatrzymać kłębiących się w głowie wyuzdanych fantazji. Jego samczy głód stymuluje moją wyobraźnię.

 ***

Miałam dziś stworzyć materiał promocyjny dla jednej z naszych nowych publikacji. Moja szefowa odrzuciła trzy wersje, które zaproponowałam. Wreszcie sama napisała gniotliwy, sztywny tekst, z którym poszliśmy całym zespołem do kierownika działu na cotygodniową naradę. On to przeczytał, zrobił się czerwony jak burak i zaczął krzyczeć:

- Co to za sztampa?! Jak chcecie takim gównem przekonać ludzi do naszych poradników?! To się nadaje jedynie do kosza.
- Też tak uważam – wtrąciłam.
- A kto to pisał? – zapytał wreszcie.
- Agnieszka – odpowiedziała moja szefowa, wskazując na mnie. – Przecież ona się opiekuje tą publikacją.

Zdębiałam. Już teraz wiem, dlaczego większość ludzi zaczyna czytać poniedziałkową gazetę z pracą od komiksu z Dilbertem. Samo życie.

 ***

„Odsłonię przed Tobą mój miękki brzuszek, jak mam być pewna, że nie zrobisz mi krzywdy?” – odpisałam mu po kilku dniach, przeczuwając, że prędzej czy później i tak znajdę się w jego łóżku. Byłam na siebie zła i rozczarowana własną słabością, ale jego magnetyzm, albo raczej magnetyzm wyobrażeń o nim, nie pozwalał się oprzeć.
„Nie bój się, po wszystkim nie odwrócę się plecami” – odpowiedział tak jakby czytał w moich myślach, jakby wiedział, że najbardziej boję się nie samego zbliżenia, ale tego, co wydarzy się po, kiedy jego głód zostanie zaspokojony, a on przypomni sobie o żonie i poczuje obrzydzenie do siebie i do mnie.

Czuję do siebie pogardę, choć jeszcze nic się nie stało.

 ***

W torbie mam szczoteczkę do zębów, płyn do soczewek i pigułki. On mieszka pod miastem, więc mam świadomość, że stawiam na jedną kartę i nie będę już miała szansy, aby się wycofać, pospiesznie wyjść i wsiąść do autobusu, aby wrócić na noc do własnego łóżka. Co więcej, nie jadę pod pretekstem obejrzenia kolekcji płyt, kiedy to ewentualny seks jest tylko jednym z możliwych zakończeń wieczoru.

Tu nie ma żadnego woalu. Jadę do niego, godząc się na rolę panienki do pieprzenia. Podnieca mnie to i jednocześnie budzi wstręt. Ale już za późno, aby się wycofać.

 ***

Był jak zwierzę w agonii, które rzuca się na ofiarę resztkami sił, a z jego rozszerzonych źrenic bije desperacki instynkt przetrwania. On się ze mną nie kochał, on mnie pochłaniał – mocno, żarliwie
i z pasją. Brał mnie zdecydowanie i bezlitośnie, a widząc, że sprawia mi to przyjemność, potęgował siłę  pieszczot. Odwzajemniałam tę pasję, zanurzając zęby w jego barkach. Kiedy już wykrzyczałam swoją rozkosz, obrócił mnie na brzuch i kilkoma zdecydowanymi ruchami wbił się we mnie tak, że chwilę później padł zmęczony i wyczerpany. Na koniec uwił gniazdko z szerokich ramion i przytulił mnie do siebie tak szczelnie jak nikt nigdy przedtem. Przez całą noc nie zmrużył oka – głaskał mnie po twarzy, palcami czesał mi włosy, pieścił mój kark i płatki uszu, szerokimi dłońmi, które są tak duże jakby pożyczył je od robotnika, masował mój brzuch, całując moje plecy wzdłuż kręgosłupa. Rozedrgana
z emocji również nie przysnęłam, ani na chwilę.

Po szóstej, kiedy świt już rozrzedził przytulną ciemność, wstaliśmy z łóżka. Marek zrobił mi jajecznicę, wzięliśmy prysznic i ubraliśmy się. Wysadził mnie z samochodu dwie ulice przed parkingiem. Nie powiedział ani jednego ciepłego słowa. Znów był żonatym dyrektorem, a ja młodszą o 15 lat jego panienką.

Czyli dość stereotypowo, prawda? I na własne życzenie.

 ***

Ten dzień w pracy jest jednym z moich najgorszych dni. Brak snu sprawia, że odnoszę wrażenie jakby ktoś zamknął mnie w szklanej kuli – drżę z zimna, nie panuję nad ciężkimi powiekami
i nie docierają do mnie komunikaty z zewnątrz. Dziś nic się nie liczy. Marzę o gorącym prysznicu
i miękkim łóżku. Dziś nie mam nawet siły zrobić rachunku sumienia. Pomyślę o tym jutro, jak mawiała Scarlett O’Hara.

08:51, leelooo
Link Dodaj komentarz »
LISTOPAD

- Po co się w to ładujesz? – zapytała mnie Josi, moja stara znajoma. Cenię ją za to, że nigdy nie owija w bawełnę. – Zanim się obejrzysz, będziesz zakochana, a to okaże się bolesne. Wiesz doskonale, że mężczyźni nie zostawiają żon i dzieci dla młodszych kochanek.

Ale ja wcale nie chcę, żeby on kogokolwiek dla mnie zostawiał! Poszłam z nim do łóżka, dostałam mocną dawkę rozkoszy, sporo czułości, dlaczego miałabym z tego rezygnować? Czy powinnam mieć wyrzuty sumienia? Przecież gdybym mu odmówiła, wkrótce znalazłby inną. To jego rodzina i jego zobowiązania. Ja czuję się czysta. Albo inaczej... chciałabym się tak czuć.

 ***

Jestem chyba jedyną osobą w tym kraju, która nie czeka z wytęsknieniem na nadchodzący weekend. Kiedyś piątek i sobota były dla mnie synonimami spotkań towarzyskich, imprez, tańców, niedziela zaś upływała mi na czytaniu i wycieczkach za miasto. Teraz soboty i niedziele stały się koszmarem. Nie dość, że nie spotykam Marka, to jeszcze mam świadomość, że całe te dwa dni spędza razem z żoną i synem. Bawią się z małym, jedzą razem posiłek, kładą się razem spać i razem się budzą. Nieposkromiona wyobraźnia płata mi figle – nieustannie podsuwa mi obrazy, w których on ją pieści i dotyka, wije dla niej gniazdko ze swoich bezpiecznych ramion i myje z nią włosy w tym samym rumianku, jak napisał kiedyś ks. Twardowski.
Niech nadejdzie wreszcie poniedziałek!

 ***

Spotykamy się kilka razy w tygodniu, zostaję u niego na noc, a potem jedziemy do pracy niedospani, a jednak spełnieni. Marek ma kilka twarzy – mimo że jest czułym kochankiem, który obsypuje mnie wyrazami uwielbienia, to wciąż pozostaje troskliwym małżonkiem i ojcem. Natomiast
w ciągu dnia pełni jeszcze funkcję dyrektora i wówczas obdarza mnie co najwyżej przelotnym spojrzeniem i uśmiechem, podobnym niestety do tych, które daruje innym kobietom z firmy. Wiem, że tak musi być, ale sama świadomość nie wystarcza do szczęścia. A jednak staram się być szczęśliwa – wyrywam z jego życia te ulotne chwile, zarezerwowane tylko dla mnie, wskrzeszam je i pieszczę się nimi, kiedy jego nie ma w pobliżu.

***

Mamy już swój język i swoje rytuały. On jest wilkiem, a ja jego kocicą. Taki infantylny, ale intymny kod dwojga. Kiedy nie jedziemy do pracy razem, staram się być w firmie pierwsza, aby położyć mu na biurku jakiś słodki drobiazg, on natomiast po pracy (bo zwykle zostaje dłużej) wkłada mi do szuflady tomiki wierszy. Prosi potem, abym czytała mu te frazy, które szczególnie mnie zachwyciły. Wspólne wieczory zawsze rozpoczynamy od gotowania. Potem bierzemy razem gorącą kąpiel i leżymy do późna na dywanie przed kominkiem, kochamy się, zajadamy przekąski, rozmawiamy i słuchamy muzyki. Grubo po północy Marek zanosi mnie do sypialni i układa w małżeńskim łóżku przygotowanym na ewentualny przyjazd żony, wypala na tarasie ostatniego papierosa i wraca, aby się położyć obok
i ukołysać mnie do snu.

***

Obiecał mi, że ten weekend spędzimy razem. Wreszcie będziemy mogli obudzić się już po wschodzie słońca, a jego poranne pocałunki nie będą tak pospieszne i zdawkowe jak wtedy, kiedy powoli zaczyna zdejmować kostium romantycznego kochanka. Wreszcie zasnę z radością następnego dnia, a nie z uciskiem na żołądku, że za chwilę noc pryśnie, on znów będzie mężem i dyrektorem.

Jest dopiero wtorek, ale we mnie już iskrzy przyjemność oczekiwania. Dwa dni razem! W pracy zamiast skupić się na zadaniach, przeszukuję witryny kulinarne, bo chciałabym ugotować mu coś wyjątkowego na piątkową kolację, aby zapomniał, że zwykle o tej porze pociąg wiezie go do syna
i żony. A może pojedziemy gdzieś daleko za miasto? Chociażby do Puszczy Zielonki. Tam nie spotkamy chyba nikogo znajomego. Będziemy mogli trzymać się za ręce, choć na chwilę będę mogła poczuć się jak jego dziewczyna. Taka legalna, którą przedstawia się swoim rodzicom i przyjaciołom.

***

Kochanka to nie jest kobieta jedynie na dobry seks. Kochanka to bliskość i wyrozumiałość.
Z kochanką można gadać do później nocy albo leżeć na dywanie i tarzać się ze śmiechu. Kochanka lubi eksperymenty i rzadko Ci nie odmawia. Twoje monologi nie nudzą kochanki, a wszystko, co robisz budzi jej podziw. Przy kochance stajesz się mężczyzną spełnionym. I dlatego, kiedy żona przestaje być kochanką, wówczas szukasz tej, która pozwoli Ci znów być małym wielkim chłopcem.

Oto jestem. Ja, Twoja Kochanka.

 ***

Piątek. Za oknem czysty listopadowy poranek. Budzi mnie przyjemne łaskotanie. To już dziś. Czuję, jak pod łopatkami kiełkują mi skrzydła ekscytacji. Cały weekend on będzie tylko mój!

Ubieram najładniejszą sukienkę. Czerwoną, bo czerwony kolor to energia, pasja i zmysłowość. Dziś mam tego wszystkiego aż w nadmiarze. Biegnąc do pracy, unoszę się nad ziemią, frunę. Na parkingu nie stoi jeszcze jego samochód, pewnie znów zaspał, bo nie ma go kto obudzić. Już w pracy parzę sobie w kuchni kawę i zagaduję ludzi – tak bardzo chciałabym im powiedzieć, a jeszcze bardziej chciałabym stanąć pośrodku korytarza i wykrzyczeć na całe gardło, że jestem z Markiem, że spędzimy ze sobą najbliższe dwa dni, podczas których ja będę tylko jego, a on tylko mój!

W pracy liczę godziny, ale wreszcie nie wytrzymuję i idę na pierwsze piętro, gdzie znajduje się gabinet Marka. Może spotkam go chociaż przelotem w kuchni?

W jego pokoju nie pali się światło, biurko jest uprzątnięte i nie ma śladu laptopa. A przecież nie mówił mi o żadnym spotkaniu, nie wspominał również, że przyjdzie później do pracy. Wracam do siebie i sprawdzam, czy logował się dzisiaj w systemie. Nie ma go. To znaczy, że nie było go dzisiaj w firmie. Dopiero kilka godzin później dostaję od niego sms-a.

 ***

Nie mam już siły płakać. Nie mam już siły dłużej tego ciągnąć. Josi miała rację, zakochałam się i nawet nie wiem, kiedy to się stało. Przecież wszystko było pod kontrolą. Dzisiejszy wieczór spędzam z butelką wina. Przełączam kanały w telewizorze, bo nie potrafię się skupić na żadnej książce. Marek pojechał do domu, bo jego syn ciężko się rozchorował. Powinnam go zrozumieć, powinnam się zmartwić, bo przecież to jego dziecko, ale we mnie jest tylko złość i rozczarowanie. Nie tak miało być. Nienawidzę tego dzieciaka i nienawidzę tej żony, która nawet w ten jeden weekend nie pozwoliła mi
z nim być. Ona ma broń – ma dziecko, ona ma siłę – węzeł małżeński, może i naderwany, ale wciąż węzeł, ona spoczywa na tronie zarezerwowanym dla żony. A ja? Nikt o mnie nie wie. Gdyby Marek umarł, nawet nikt nie raczyłby mnie powiadomić. Bo mnie po prostu nie ma.

 ***

Całą sobotę włóczę się po centrum handlowym. Teraz rozumiem tych ludzi, którzy weekendy spędzają w hipermarketach. Tu jest kolorowo i gwarnie – nie słychać własnych myśli. W tłumie cichnie samotność. Oglądam męskie swetry, których nie mam komu kupić, dotykam pięknej bielizny, której nie mam dla kogo założyć, obserwuje małżeństwa wędrujące wzdłuż regałów i wieszaków. Co z tego, że może się zdradzają i okłamują, skoro te najważniejsze chwile spędzają razem. Cóż znaczą wyrywane przez kochanki chwile wobec wspólnych poranków i wieczorów, rodzinnych posiłków, zakupów, wycieczek czy weekendowego leniuchowania. Nie radzę sobie z zazdrością, łapię się na tym, że chciałabym się zamienić miejscami z żoną Marka. Tracę wrażliwość i dopuszczam do głosu egoistyczne pretensje. Nie umiem myśleć, że to ja go jej zabrałam, że to ona ma do niego prawo, że sypiając z nim, pośrednio krzywdzę całą jego rodzinę. Moja prawda zawiedzionej kochanki jest zupełnie inna. Zazdroszczę Wam, wszystkim żonom świata. Zazdroszczę Wam, że macie imiona i twarze, bo my kochanki jesteśmy bezimienne i przezroczyste.

08:49, leelooo
Link Komentarze (1) »
GRUDZIEŃ

Postanowiłam rozstać się z Markiem. Nie potrafię już zaspokoić się tymi okruchami emocji, którymi mnie obdarza.  Poszliśmy na kolację do schowanej w oficynie restauracyjki na obrzeżach Starego Miasta – jedyne miejsce publiczne, do którego zdarzało nam się razem chodzić. Wyczuwał, że coś wisi w powietrzu, bo takiego spiętrzenia emocji nie można ukryć. Powiedziałam mu wprost: nie mogę dłużej być doklejona do jego małżeństwa. Jestem najsłabszym ogniwem tego trójkąta i dla szczęścia nas wszystkich muszę odejść.

- Kochasz mnie? – zapytał.
- To nie ma znaczenia – odpowiedziałam.
- Jeśli mnie kochasz, nie powinnaś mnie zostawiać.

Pojechaliśmy do niego. Płakaliśmy i kochaliśmy się na przemian. A on opowiadał mi historię, którą przez tyle tygodni trzymał w tajemnicy. Jego małżeństwo to fikcja, po prostu wpadł na jednej
z delegacji z dziewczyną pracującą w obsłudze hotelu. Od początku się nie układało, ale dziewczyna pochodziła z biednej rodziny, więc postanowił zachować się wobec niej jak książę wobec Kopciuszka. Poza tym zawsze chciał mieć dziecko, a że ciąża od początku rozwijała się patologicznie, wiedział, że nie może jej opuścić. Postanowił stworzyć zarówno dziewczynie, jak i dziecku, bezpieczną przystań. Pochodziła z tradycyjnej rodziny, dlatego nie robił problemów, kiedy jej rodzice domagali się ślubu. Żona urodziła dziecko w dwudziestym piątym tygodniu ciąży, poród odebrał on, kiedy czekali na wpis w Izbie Przyjęć. Syn po prostu z niej wyskoczył, był nie większy od torebki cukru. Nie miał jeszcze wykształconych płuc. Następne miesiące na zmianę z żoną czuwali w szpitalu przy inkubatorze. Lekarze dawali 50% szans na przeżycie. Choć zawsze był niewierzący, to teraz modlił się i błagał Boga, aby choć ten jeden raz udowodnił swoje istnienie. Zaproponował zakład. Odda całe swoje szczęście
i wszystko dobre, co jemu jest zapisane, byle tylko syn przeżył.  Do dziś, kiedy jeżdżą z nim po warszawskich klinikach, lekarze nie mogą się nadziwić, że synek tak sprawnie się rozwinął. Jakby był żywym dowodem na istnienie Boga. Od porodu ich małżeństwo załamało się kompletnie. Próbował je ratować, ale ona stawiała opór. Może to wynik traumy, jaką przeszli? A może Bóg rzeczywiście odebrał mu wszystko, co dobre. Nie kochali się ponad dwa lata, rozmowy ograniczyli jedynie do wymiany komunikatów. Dziś ona przedstawia mu jedynie żądania finansowe. Odcięta od niego, poświęca się całkowicie dziecku. Dlatego podjął decyzję o wyjeździe, którą ich obojgu sprawił wielką ulgę.

- Dlaczego mi o tym wcześniej nie powiedziałeś?
- Nie chciałem Cię podrywać na standardowe teksty o rozpadzie małżeństwa, nie wiedziałem też, czy mogę dać Ci nadzieję.
- A mógłbyś?
- Kocham Cię i nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie – odpowiedział i przytulił mnie jak nikt nigdy wcześniej.

***

Od jego deklaracji upłynęło już kilka tygodni, ale wiem, że mam na co czekać. Obiecał mi: zaraz po Świętach Bożego Narodzenia powie o wszystkim żonie. Wiadomo, Boże Narodzenie to nie czas na rozstania i dramaty. Tłumaczył, że to będzie bardzo trudne zarówno dla niej, jak i ich rodziców, i dlatego muszę dać mu czas. Staram się być spokojna i wyrozumiała. Kocham go i jestem kochana – i tylko to się liczy. Czekam na niego cicho, czekam na niego wiernie. Coraz częściej piję wieczorem wino, wtedy tęsknota przestaje krzyczeć i łatwiej mi zasnąć.

08:46, leelooo
Link Dodaj komentarz »
STYCZEŃ

Spotkaliśmy się dopiero po Nowym Roku. Sylwestra spędziłam w rodzinnym domu przed telewizorem. To było dla mnie bezpieczniejsze niż impreza, na której patrzyłabym na pary zakleszczone w miłosnych tańcach i pocałunkach. Wpadliśmy na siebie przy parkingu w drodze do pracy. Nie tak wyobrażałam sobie nasze spotkanie. Marek uśmiechnął się jakoś blado na mój widok i powiedział tylko:

- Moja żona zadecydowała, że przeprowadza się do Poznania. Postanowiła ratować nasze małżeństwo.

W milczeniu dochodzimy do firmowych drzwi, gdzie każdy idzie w swoją stronę. Marek, jak przystało na profesjonalistę, z uśmiechem wita kolejne wchodzące osoby. A ja? Mnie właśnie osunął się grunt pod stopami.

 ***

- Wszystko będzie dobrze kociczko – tuli mnie do siebie tak że czuję się w jego objęciach maleńka niczym Calineczka. On jest moją bezpieczną przystanią, moim sensem i siłą. On daje mi energię, aby walczyć ze światem. – Ta przeprowadzka przypomni jej, że nasza relacja nie istnieje. Będzie więcej czasu na rozmowy i mnie łatwiej będzie wreszcie to zakończyć.
- Powiedz mi proszę, kiedy będziemy razem... – proszę go o to, bo potrzebuję konkretu, tego jednego dnia, na który będę mogła czekać.
- Zanim zobaczysz pąki drzew, będę już Twój, tylko twój – mówi Marek, a ja patrzę w jego wilcze kochane szare oczy i wiem, że on już jest mój, a ja jego. Tylko i na zawsze jego.

 ***

Zostaję dziś dłużej w pracy. Kiedy wszyscy wyjdą, pójdę na pierwsze piętro do gabinetu Marka. Wtulę się w niego najmocniej jak umiem, a on najpierw mnie wycałuje, a potem oprze o biurko. Ubierzemy się szybko, bo już nie będzie czasu. Budynek opuścimy dwoma różnymi wyjściami. On pojedzie do żony, a ja do domu.

Od kiedy Marek mieszka z rodziną, naszą sypialnią stał się jego gabinet. Na rozmowy, muzykę
i wspólne rytuały nie mamy czasu. Został nam tylko seks – perwersyjne pieprzenie się na biurku albo na dywanie. To, co jeszcze niedawno mnie tak podniecało, dziś rozdziera mi wnętrze. Codziennie idę tam stęskniona, a wychodzę brudna, zła i oszukana. Wracam do domu i piję wino, żeby zasnąć. Zasypiam, żeby nie myśleć.

 ***

Instynktownie odcięłam się od ludzi. Nie mam ochoty chodzić na imprezy, a nocne babskie nasiadówy też nie wchodzą w rachubę, bo moje przyjaciółki – młode mężatki i matki – nie są w stanie mnie zrozumieć. Mogą mi co najwyżej dać mi naukę i pokutę, ale nie rozgrzeszenie. Jestem dla nich symbolem tej złej, wrogiem numer jeden, niespodziewanym zagrożeniem, które może nadejść z każdej strony.

Odcięłam się też od siebie; od swoich zasad, kobiecej solidarności, od własnego sumienia. Tak bardzo chcę być z Markiem, że nie umiem myśleć o dobru jego syna, nie chcę postawić się w roli jego żony i spróbować poczuć to, co ona czuje. Nie obchodzą mnie jej myśli i pragnienia. Ona ma już syna, mnie należy się Marek. Tylko ja mogę dać mu szczęście.

08:44, leelooo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 marca 2008
LUTY

 Topnieją pierwsze śniegi, ale jeszcze nie widać wiosny. Marek czasem znajduje dla mnie więcej czasu. Jedziemy wtedy do mnie i jest prawie tak jak dawniej – gotujemy i kochamy się na dywanie. Tylko nie zasypiam w gniazdku jego ramion. Ale dziś jest wesoło i beztrosko. Gdy leżymy już po wyczerpującym seksie, Marek opowiada mi o miejscach, w które pojedziemy i o swoim rodzinnym domu, gdzie będziemy spędzać nasze święta. Wreszcie nie wytrzymuję i pytam go, kiedy powie żonie. Atmosfera trochę siada, ale Marek obiecuje, że w ten weekend porozmawiają.

 ***
Nie widziałam go już od tygodnia. Pojechał z żoną i synem do kliniki w Warszawie, bo mały ma problemy z płucami. Jego płuca wciąż nie są w pełni wykształcone i dlatego ryzyko chorób i powikłań jest znacznie wyższe. Muszę uzbroić się w cierpliwość. Teraz Marek przede wszystkim powinien być ojcem. Rozmowy można przełożyć. Tyle czekałam, poczekam jeszcze tydzień. Dobrze, że w pracy mam natłok zadań, więc dam sobie radę.

Miłość jest cierpliwa, miłość nie zazdrości, miłość nie pamięta złego – ktoś tak kiedyś napisał, ale gdzie to było?

 ***
Od początku był bardzo tajemniczy. Jechaliśmy przez miasto, a potem jeszcze kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Poznania i zatrzymaliśmy się dopiero w uroczym miejscu pod lasem przypominającym magiczny zakątek z baśni.

- Podoba Ci się? To działka pod nasz dom – powiedział wreszcie.
- Jak to nasz dom? – powoli dochodził do mnie sens tych słów. Poczułam się jak bohaterka serialu.
- Wczoraj podpisałem akt notarialny. Przecież mówiłaś, że zawsze chciałaś mieszkać blisko lasu.

Spojrzałam na niego. Był taki szczęśliwy. Mój najdroższy Wilk. Schowałam twarz w jego kurtce
i zaczęłam płakać. Ten płacz przerodził się w straszny szloch, nad którym nie mogłam zapanować. Tak bardzo go kochałam. Przez tyle miesięcy dręczyłam się myślami, że może mnie oszukuje, że ona jest ważniejsza, że jego obietnice nie są nic warte, a tym jednym gestem dowiódł swojej miłości. Pomyślał
o najważniejszym – naszym wspólnym domu w najpiękniejszym zakątku świata. Marek wycałował każdą moją łzę, a potem pojechaliśmy do mnie na gorącą herbatę. Obiecał, że dziś powie żonie.

To pierwsza noc od wielu tygodni, kiedy zasypiam spokojna i spełniona. Moje wzruszenie pewnie jest banalne, a taki romans jak mój to dość pospolity temat literacki, ale właśnie dziś jestem najszczęśliwszą osobą świata.

22:31, leelooo
Link Dodaj komentarz »
MARZEC

 Dziś znalazłam pierwszy zielony pączek. Zaraz przy parkingu. Zerwałam go i położyłam Markowi na biurku. Wciąż nie powiedział żonie o rozstaniu. Tłumaczył się, że zaczęła szukać pracy i nie chce jej teraz załamywać. Musimy poczekać aż jej sytuacja zawodowa się ustabilizuje. Tymczasem wiosna lada dzień wystrzeli pąkami zieleni.

 ***
Moja miłość jest zmęczona. Straciła swoją świeżość i zapach. Moja miłość zgnuśniała na czekaniu. Czepiała się desperacko każdej obietnicy aż wreszcie zwiędła. Dałam Markowi ostatnią szansę – ma czas do Wielkanocy. Jeżeli do Wielkiej Soboty nie zjawi się u mnie w mieszkaniu, odejdę. Muszę to zrobić, aby ocalić siebie. Nie mogę dłużej żyć w takim napięciu, usypiać się winem i żywić się ochłapami czasu, które mi rzuca między pracą, a domowymi obowiązkami.

***
Zapukał, kiedy rozczesywałam włosy po kąpieli, szykując się do snu. Był smutny. Przygniótł go ciężar wyboru. Powiedział żonie o rozstaniu. Zaplanował, że w wielką sobotę rano przywiezie do mnie swoje rzeczy. Zapytał, jak spędzimy święta, bo on po tym, co zrobił, nie chce pokazywać się u swoich rodziców.

- Możemy jechać do mojego domu rodzinnego – zaproponowałam. – Będzie to trudne dla moich rodziców, ale musimy spróbować.
- Chcę ich poznać – powiedział. – Teraz będziemy już naprawdę razem. Powiedz im o mnie, proszę.
-  Powiem – zgodziłam się, chociaż wiedziałam, że czeka mnie trudna przeprawa z matką i ojcem. Nie mieli pojęcia o moim romansie, a ja ni z gruszki, ni z pietruszki przywiozę na święta starszego o 15 lat faceta. Ale o tym Markowi już nie wspominałam. On ma trudniej.

 ***
Tego wieczoru ślę mu na dobranoc esemesa. Chwilę później dzwoni:

- Co tam Wilku? – pytam, odbierając telefon.
- Dobry wieczór, z tej strony Marek Piniarski [1]– słyszę w słuchawce jego zimny i rzeczowy głos – ktoś
 z tego numeru wysłał mi wiadomość, ale to musi być pomyłka. Nie znam ani pani, ani tego numeru telefonu. Musiała się Pani pomylić. Dobranoc.

Rozłącza się i zostawia za sobą tylko metaliczny sygnał zakończonego połączenia.
Nie mam już siły płakać, ale łzy same spływają mi po policzkach, szyi i dekolcie. Znów obudzę się
z zapuchniętymi oczami. To nie są łzy smutku, to wyraz bezsilności.

***

Przyjechał do mnie wczesnym rankiem, za oknem było jeszcze ciemno.
- Kochanie, przepraszam za tę scenę, ale musiałem to zrobić. Powiedziałem jej o rozstaniu, lecz nie wspomniałem nic o Tobie. Tak jest lepiej. Nie chcę, aby Cię obwiniała, ponieważ nasz związek umarł zanim ty pojawiłaś się w moim życiu. Zrozum mnie najdroższa. To są dla mnie bardzo ciężkie chwile. Mam świadomość, że już niebawem nie będę usypiał, karmił i budził mojego syna, ona histeryzuje, przeklina mnie, grozi, że nigdy już nie zobaczę małego. Zrozum kochana, to nie jest łatwa decyzja. Ale chcę być z Tobą, bo Cię kocham, jesteś moją kocicą. Już w święta będziemy razem.

Siedział na brzegu łóżka, a ja położyłam głowę na jego kolanach. Zanurzył palce w moich włosach i głaskał mnie po głowie. Jego dłonie były takie ciepłe i bezpieczne, że poczułam jakbym się zanurzyła w miękkiej gorącej przytulnej muszli. Zasnęłam.  Spóźniliśmy się do pracy, bo Marek nie chciał mnie budzić. Już w korytarzu pożegnaliśmy się uśmiechem – ciepłym uśmiechem nienasyconych sobą kochanków


[1] Ewentualna zbieżność nazwisk, miejsc i detali jest przypadkowa

22:24, leelooo
Link Dodaj komentarz »
KWIECIEŃ

Jest Wielki Piątek, staram się być spokojna, jutro rano Marek pojawi się u mnie z bagażami. Siedzę przy stole i cicho maluję pisanki. Mam zapaloną tylko jedną małą lampkę, a wokół panuje przytulna ciemność. Już jutro będziemy razem, a we mnie więcej jest rezygnacji niż entuzjazmu. Zbyt wiele razy Marek łamał swoje obietnice. Skąd mam mieć pewność, że jutro mały się nie rozchoruje albo żona nie dostanie ataku histerii? Przed chwilą dzwoniłam do rodziców. Powiedziałam im, że pojutrze przyjadę do nich z Markiem na święta. W domu rozpacz i szaleństwo, bo od razu wyznałam im wszystko – że starszy, że żonaty, że małe dziecko. Skoro on ma trudno, to ja też nie mogę iść na łatwiznę. Zresztą nie mam szesnastu lat i sama odpowiadam za własne wybory. Nie mogę być wiecznie małą dziewczynką.
To już jutro, jestem taka zmęczona.

***
Śniło mi się dzisiaj, że Marek stanął w moich drzwiach i  powiedział: „Wybacz kociczko, okłamałem Cię”. Obudziłam się ze ściśniętym żołądkiem. Godzinę później Marek wszedł do mojego mieszania. Był blady i miał podkrążone oczy. Postawił swoje walizki i torby. Uśmiechnęłam się ciepło, ale nie potrafiłam zdobyć się na więcej. Zahibernowałam swoje emocje w obawie, że znów mnie zawiedzie, że nie dotrzyma słowa. Okazałam się niedowiarkiem, zabrakło mi energii, aby cierpliwie na niego czekać. Teraz to ja potrzebuję czasu, aby się otworzyć i na nowo w nas uwierzyć. Zjedliśmy razem śniadanie, Marek musi się rozpakować, a ja pójdę poświęcić jajka. Dziś wieczorem jedziemy do mojego domu.

***

Kiedy wracałam już z kościoła, dostałam esemesa: „Kociczko, przepraszam, nie dałem rady.” Gdy weszłam do mieszkania, nie było po nim śladu. Zabrał wszystkie swoje rzeczy. Oniemiała usiadłam na kanapie. Może to był sen? Może w ogóle go tu nie było? Ale jednak nie... spod fotela wystawała jego szczoteczka do zębów, która musiała mu wypaść podczas pośpiesznej ewakuacji. Mam suche oczy
i wysuszone na pył serce. Nie będę rozpaczać, ani się złościć. Historia zamknęła się sama. Najwyższa pora zawiązać tę miłość wstążeczką jak stare listy kochanków i zanieść ją na strych. Muszę zacząć nowe życie – wyjść do ludzi, odrodzić w sobie chęć i pasję życia. To już koniec. Koniec stereotypowej historii, jakich wiele. Gdy o nich czytamy, wydają się takie banalne. A mimo to tysiące kobiet na tym świecie przeżywa dramat zdradzonej żony, tysiące samotnych kochanek budzi się i zasypia w wielkich pustych łóżkach i wbrew pozorom nie są to czarno-białe opowieści, w których jest jasny podział na złych i dobrych. 

22:20, leelooo
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2